środa, 2 czerwca 2010

Z cyklu "Czarnym tuszem pisane" odc.1 - Data historyczna...

Nowy cykl na blogu pt. "Czarnym tuszem pisane", to wydarzenia związane tylko i wyłącznie z drużyną Czarnych Słupsk, które mnie - jako kibicowi Czarnych Panter - zapadły głęboko w pamięć z różnych względów. Poczynając od dramaturgi, kończąc na wyczynie historycznym. I do takich właśnie - przede wszystkim - meczy, będę chciał powrócić. Nie zawsze będzie historia radosna, będzie i też taka, w której pełno było żalu i smutku. Zacznę jednak, od daty historycznej...

17.05.2006 - Zapewne wielu z Was wie co to za data, jednak dla tych którzy nie wiedzą, bądź też nie pamiętają, przypomnę. To właśnie 17 maja 2006 roku, miał miejsce mecz historyczny. W słupskiej hali "Gryfia", gospodarze - zespół Energi Czarnych Słupsk, podejmował Polpak Świecie. Był to drugi mecz o brązowy medal Mistrzostw Polski 2005/06. W rywalizacji do dwóch zwycięstw, Słupszczanie prowadzili. Już wtedy, obie drużyny zostały okrzyknięte największymi niespodziankami, nie pisząc sensacjami sezonu. Polpak - wówczas beniaminek ekstraklasy, Czarni - zespół, który dwa ostatnie sezony kończył na dziewiątym miejscu.
Dzień i mecz ten, pamiętam dobrze do dziś.
Wszyscy podekscytowani, z wielkimi nadziejami, że za kilka godzin, może wydarzyć się coś historycznego: dla kibica, dla klubu, dla miasta.
Wreszcie nadeszła ta chwila. Czas iść na Gryfię.
Gdy już się było w hali, odczuwało się nieprawdopodobną atmosferę. Gryfia zapełniona do ostatniego miejsca. Nie było gdzie się ruszyć. Jedni stali, drudzy siedzieli - czy to na swoich miejscach, czy też na schodach. Doping wtedy pamiętam, był nieprawdopodobny. Właśnie tamten sezon, tamten mecz spowodował, iż w sporcie tym się zakochałem. Gryfia stała się drugim domem, kibicowanie wielką pasją.
Zaczął się mecz. Koszykarze obu drużyn niezwykle zmobilizowani, choć zapewne to Czarni bardziej odczuwali olbrzymią presję na swoich barkach. Wystarczyło tylko popatrzeć na trybuny...
Ogólnie spotkanie było bardzo wyrównane, choć zwycięstwo w końcówce pewne. Każdy punkt, który przybliżał do brązu, cieszył niesamowicie. Zresztą zobaczcie sami...


Jak widać na filmiku, atmosfera na hali powalała na kolana. Jednak nie do opisania jest to, co działo się już po zakończonym spotkaniu. Chwilę po końcowej syrenie, na parkiet - nie patrząc na nic - wbiegali kibice. Każdy chciał uścisnąć, pogratulować, cieszyć się razem - wówczas - z bohaterami miasta. Wspólnej fiesty nie było końca. Dekoracja, potem szampan, jeszcze gromkie dziękujemy. Niejeden widząc to wszystko, by się wzruszył. Bo moment był to historyczny. Najbardziej to chyba cieszył się Frasunkiewicz, jednak radość i duma rozpierała każdego. Na ulicach feta, ludzie jadący samochodami z wywieszonymi flagami, a to wszystko po to, by pokazać jak się jest szczęśliwym...

Jeszcze kilka zdjęć z tego jakże historycznego wydarzenia.

Foto: Wojciech Figurski




Foto: Zbigniew Bielecki







Odcinek pierwszy za nami. Na kolejny zapraszam niebawem...

Pozdrawiam,

Karol.

2 komentarze:

  1. AR: czytam z przyjemnością, ale protestuję - tytuł należał do zupełnie innego cyklu! :) Pzdr.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak. Niegdyś taką nazwę nosiły felietony "AR" w gazecie "Głos Pomorza." :)

    Przyznaje. Tytuł podchwycony.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń